Dziś notka całkiem z innej beczki, czyli recenzja książki „Mroczny sekret” Libba’y Bray (może nie tyle co recenzja, co moje przemyślenia i wrażenia po lekturze). Od dziś wiadomo, że samymi anime i mangą człowiek nie żyje, a książki są istnym i niepodważalnym pokarmem dla mojej duszy i wyobraźni więc zdecydowałam się na tą notkę.  Ponieważ wakacje są nudne i długie, wybrałam naprawdę grubą książkę by móc ja chłonąć bez pośpiechu, a jednak przeczytałam „Mroczny sekret” migiem. Apetyt rośnie w miarę jedzenia, więc zacieram łapki na następną  część, ale tylko o pierwszej części trylogii „Magiczny krąg” będzie tu mowa. OOo ponieważ wakacje są nudne i długie, wzięłam także udział w konkursie no i udało mi się wygrać internetowy kurs japońskiego, niby nic a jednak cieszy J Więc moi kochani warto czasami brać udział w konkursach.

Wracając do głównego tematu, akcja „Mrocznego sekretu” jest osadzana w wiktoriańskiej Anglii, a główną bohaterka jest Gemma Doyle – 16letnia dziewczyna wysłana do szkoły dla dziewcząt z internatem, po tym jak jej rodzinę spotyka ogromna tragedia. Jak to zwykle bywa z tymi heroinami, Gemma różni się od swoich rówieśniczek, nie jest dobrze ułożoną panną, z nienagannymi manierami, ma cięty język i jest odrobinę niepokorna. Jest ona niezwykłą dziewczyną – dręczą ją wizje, które zazwyczaj się spełniają. Niestety nie są to optymistyczne wizje. Próbując rozwikłać zagadkę dotyczącą swoich mocy oraz tajemniczej organizacji o nazwie „Zakon”, Gemma pakuje się w tarapaty, zaprzyjaźnia się ze szkolną elitą – Pippą, Felicity oraz stypendystką Ann,  ma także własnego „ochroniarza” w postaci młodego cygana  – Kartika.

Sama książka jest niesamowicie interesująca i wciągająca, pomimo tego że oczekiwałam jakichś bali, troszkę romansu i wielu nadwornych intryg (dobra pełno tu szkolnych intryg), a nic z tego nie „ujrzałam”. W sumie jak mogłam sądzić, że coś takiego otrzymam, czytając powieść, która rozgrywa się w szkole dla ułożonych panien? Naiwna ja. Odbijając troszkę od tematu, fajnie było mieć okazję poczytać o tym jak funkcjonowała taka „szkoła”. Rola każdej młodej damy sprowadzała się do tego by wyjść „bogato” za mąż i być ozdobą męża, pięknie tańczyć, potrafić malować, haftować itp. Jedynym pożytecznym przedmiotem wykładanym był język Francuzki. Szczerze współczuję im takiego życia, zero rozwoju intelektualnego, ani możliwości podejmowania decyzji. Biedne istotki. Ale koniec  pisania o mniej ważnych sprawach, wracając do sedna – akcja toczy się w szkolę, ale nudno nie jest. Poznajemy młode dziewczyny, szkolone by być idealnymi żonami bogatych, starych mężczyzn. Gemma – wysłana tu by  nabrała ogłady, Pippa – wieczna romantyczka, ma szybko znaleźć sobie męża by podnieść swój status społeczny, Ann – stypendystka, szkolona na przyszłą guwernantkę, Felicity – córka słynnego generała wysłana do Spencer, chyba po ty by się jej po prostu pozbyć. Każda ma inne marzenia i inne cele, jednakże łączy je dozgonna przyjaźń, oraz wspólny sekret jaki posiadają. Postaci niezwykle wielowymiarowe i w sumie w połowie lektury udało mi się rozgryźć każdą z nich, żadna nie jest do końca zła, ani dobra i nie od pierwszej strony pałałam do nich sympatią. Sama fabuła książki wydawała mi się pozornie niezbyt odkrywcza i zaskakująca, jednakże autorce udało się mnie zadziwić kilkoma wątkami. Nie tylko 4 przyjaciółki zwracają na siebie uwagę, wiele tu charakterystycznych postaci. Wielką sympatie zyskuje panna Moore, charyzmatyczna nauczycielka malarstwa, kobieta emanująca ciepłem i życzliwością. Niestety, a może stety nie każda postać jest taka dobra, w sumie urzekł mnie pastor ciągnący ile wlezie whiskey

Pomimo, że nie ma tu wielkich bali, autorce udało się ująć ten wiktoriański klimat, gdzie czytelnik zazna troszkę grozy, poczuje dreszczyk emocji co dalej. Opisy krajobrazów są niesamowite, czytając od razu miałam przed oczami widok lasu spowitego gęstą jak śmietana mgłą, gdzie widoczność ogranicza się do metra, każdy trzask gałęzi nasuwa nowe podejrzenia kto się skrada w czeluściach nocy. Nawet wieczorna modlitwa w starej kaplicy przyprawiała mnie o dreszcze i gęsią skórkę. Co do samej magii, to aż tak wiele jej nie ma w historii o Gemmie, jednakże nie przejęłabym się tym, ponieważ „Mroczny sekret” jest solidnym rozwinięciem tej historii, solidnym a przede wszystkim nie nużącym, gdzie czytelnik wręcz „połyka” stronę po stronie, by dowiedzieć się co dalej.

Książkę polecam każdemu zażartemu czytelnikowi,  a przede wszystkim fanom wiktoriańskich klimatów, oraz fanom fantasy. Ten tytuł nie powinien ich zawieść. „Mroczny sekret” trafia do ulubionych pozycji.

Advertisements